Warto zobaczyć w kinie !

 

XXIX Niedziela Zwykła – B – 2018.

Drogie Siostry i Bracia w Chrystusie, „Syn Człowieczy nie przyszedł, aby Mu służono, lecz żeby służyć i dać swoje życie na okup za wielu”.

Zbawienie przyniesione przez Chrystusa nie jest oczywiście magiczną przemianą życia i serc, jest dynamiką wyzwolenia. Ludzie, stworzeni na to, by kochać, spętali się wszelkiego rodzaju łańcuchami, na które Jezus patrzył (czujemy to stale w Ewangelii) ze swoją ludzką przenikliwością, ale też z rozgoryczeniem Boga: tyle egoizmu i nienawiści, rozwiązłość, zniewolenie pieniędzmi, rozmaite lęki, jak gdyby Ojciec niebieski w ogóle nie istniał. A nawet — a zwłaszcza — są łańcuchy wykute przez źle rozumianą religię. Jak ludzie tak spętani mogliby kochać?. Jezus rozpoczyna swoje dzieło wyzwolenia, nauczając i postępując tak, jak nikt inny nie mógł postępować, ponieważ On był najczystszą miłością, był cały miłością dzięki niewyobrażalnej wprost wolności kochania. Po raz pierwszy miłość była naprawdę wolna i mogła odnawiać świat.

Potrzeba było jeszcze tego ostatniego aktu wyzwolenia. Nie dać się — na krzyżu — zmiażdżyć przez rozpacz, nie dać się zwyciężyć wrzaskliwej nienawiści. Tylko ci, którzy przeżyli równie straszne chwile, potrafią być może zrozumieć „od środka”, w jaki sposób Jezus zbawił nas, krusząc podwójny krąg lęku oraz przemocy wywołanej przez przemoc. Pomimo iż Ojciec dozwolił, żeby znalazł się w stanie całkowitego opuszczenia („Czemuś Mnie opuścił?”), pomimo katów i tych, którzy go znieważali, Jezusowi udaje się przekroczyć próg, którego my nie bylibyśmy w stanie przekroczyć. Za Nim możemy postawić ten krok również my. Wraz z Nim możemy powiedzieć Ojcu podczas najcięższej nawet nocy: „Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mego”. A ludziom, który nie zasługują na przebaczenie: „Ojcze, przebacz im”.

Wiemy, że przebaczenie jest najbardziej urwistym szczytem miłości, dowodem na to, że jesteśmy wolni, aby kochać. Przebaczenie Jezusa na krzyżu jest wyłomem, poprzez który miłość samego Boga spływa na świat i staje się prawdziwą logiką życia, mimo iż niewielu żyje nią dobrze. Ale miłość Jezusa na krzyżu wyzwala nas tylko dlatego, że Bóg, wskrzeszając Go do życia, zatwierdza to życie i tę śmierć, i otwiera nowy świat, gdzie w Jezusie możemy wybrać miłość jako logikę życia. Jezus daje nam przykład tego życia w miłości i daje nam też siłę, abyśmy pozostali wolni, by kochać. Nie jest On jedynie Tym, który otworzył nowy świat, On jest nowym światem, do którego wkraczamy przez chrzest i wiarę. I w którym możemy żyć, jako ludzie zbawieni. „Obecne życie moje jest życiem wiary w Syna Bożego, który umiłował mnie i samego siebie wydał za mnie” (Ga 2,20).

Dwaj synowie Zebedeusza — Jakub i Jan, którzy zabiegali o pierwsze „teki ministerialne” w królestwie Bożym, mogą być uznani za pierwszych „karierowiczów” w Kościele Jezusa Chrystusa. Zasiąść w Jego chwale — jeden po prawej, a drugi po lewej stronie — oznaczało po prostu mieć udział we władzy, a w konsekwencji także w profitach wynikających z faktu tak bliskiej przynależności do swojego Mistrza i Pana. Można nadto podejrzewać, że dziesięciu pozostałych, którzy „poczęli oburzać się na Jakuba i Jana”, mogło nosić w swoich sercach podobne aspiracje, a ich oburzenie wynikało z faktu, że ktoś inny ich po prostu ubiegł. Podejrzewamy to, bo znamy samych siebie. Podejrzewamy, bo w swojej naiwności my również sądzimy, że mieć udział we władzy — to mieć po prostu lepiej i wygodniej. A przecież tak być nie musi.

Wspomniany wyżej incydent dał Chrystusowi doskonałą okazję do wyjaśnienia, na czym ma polegać władza i wszelkiego rodzaju przełożeństwo wśród Jego wyznawców: „Kto by między wami chciał się stać wielki, niech będzie sługą waszym. A kto by chciał być pierwszym między wami, niech będzie niewolnikiem wszystkich”. Okazało się, że synowie Zebedeusza nie wiedzieli, o co proszą. Mieć udział w arcykapłańskiej władzy Chrystusa — to znaczy mieć udział w Jego „kielichu”, w Jego męce i śmierci, bo właśnie tędy prowadzi droga do „tronu łaski”, do zmartwychwstania i udziału w Jego chwale. Wszystko to dzieje się na podobieństwo Syna Człowieczego, który „nie przyszedł, aby Mu służono, lecz żeby służyć, i dać swoje życie na okup za wielu”.

Niestety, w naszym polskim języku słowo „służyć” bardzo się zdewaluowało. Kto chce być dzisiaj sługą? „Służącą twoją nie będę!” — grozi zbyt wymagającemu mężowi wyemancypowana żona. „Od kiedy to sługa ma lokaja?” — wymawia się ktoś poproszony o posłużenie w zbyt prozaicznej (jego zdaniem) sprawie. Można komuś w czymś „pomóc”, „zainterweniować”, „załatwić”, można wyprać i posprzątać, ale nie wypada być sługą. Doświadczył tego pewien obywatel, poszukujący za pośrednictwem gazetowego ogłoszenia „zacnej pani w średnim wieku do prac służebnych” w swojej willi. Mimo że gwarantował solidne wynagrodzenie, nikt się nie zgłaszał. Poradzono mu zmienić formułę ogłoszenia: zaczął szukać „pani domu”. Do podjęcia tej funkcji zaczęła się już ustawiać kolejka kandydatek i — o dziwo — żadna pani nie miała wątpliwości, o jakie prace chodzi. W tym kontekście przypomina się inna zabawna anegdota. Swego czasu papież Jan XXIII odwiedził dość niespodziewanie szpital pod wezwaniem Świętego Ducha. Bardzo przejęta tym faktem siostra przełożona przedstawiła się słowami: „Jestem przełożoną Świętego Ducha”, na co „sługa sług Bożych” z uśmiechem wyraził podziw dla tej „możliwie najwyższej funkcji” i z zabawną skromnością wyznał, że sam jest tylko „wikariuszem Pana Jezusa”.

Tu dochodzimy do sedna sprawy. Jeśli nasza cała formacja religijna ma być coś warta, musimy raz na zawsze zrozumieć, że to właśnie służba jest podstawową figurą naszej chrześcijańskiej egzystencji. Niezależnie od tego, co każdy z nas chciałby w życiu robić i na jakiej drodze chciałby realizować swoje życiowe powołanie, będzie to — zgodnie z naszym najważniejszym przykazaniem — zawsze powołanie do miłości. Zwykle kojarzy się nam ona z poezją. Ale miłość, jeśli zaczniemy ją realizować w duchu Ewangelii, rozkłada się na prozę życia. I to jest właśnie służba.

Właśnie dlatego, zapowiadając nadejście Odkupiciela, prorok Izajasz nazywa Go cierpiącym Sługą, który „usprawiedliwi wielu”. Dlatego też, odpowiadając na wezwanie do przyjęcia Bożego macierzyństwa, Maryja nazywa siebie „służebnicą Pańską”. I dlatego „Syn Człowieczy nie przyszedł, aby Mu służono, lecz żeby służyć”. Nie jest także przypadkiem, że szczególną formę powołania (oprócz udziału w kapłaństwie wspólnym) nazywamy fachowo kapłaństwem „służebnym”, a kandydatów na ołtarze sługami Bożymi. I chyba dobrze się stało, że przy zawodach wymagających szczególnego rodzaju poświęcenia używamy nadal określenia „służba” (służba zdrowia, służba wojskowa). Bo służba jest najskuteczniejszą formą nobilitacji człowieka, a Bogu służyć — znaczy królować.