Drogie Siostry i Bracia w Chrystusie, Niedziela Palmowa przypomina nam uroczysty wjazd Jezusa do Jerozolimy, triumfalny pochód wśród okrzyków „Hosanna”, entuzjazm wiwatujących na cześć Króla. Także dzisiejsza liturgia poprzez śpiew „Hosanna Synowi Dawidowemu”, przy falowaniu kolorowych palm, ma charakter bardzo uroczysty. Choć entuzjazm tłumów wydaje się nie mieć końca, nie wszystkim się udziela: „uczeni w Piśmie”, możni i książęta tego świata są przerażeni. To przecież oni mają monopol na władzę, odbieranie zaszczytów, adorację tłumów. Dlaczego więc „motłoch” wita syna cieśli z Nazaretu jak Króla? Przecież On nie jest politycznie poprawny. Wzywa do miłości nieprzyjaciół, wyrzuca faryzeuszom ich obłudę, wysoko stawia poprzeczkę narzeczonym, którzy chcieliby się kochać „do upadłego”, każe nadstawiać drugi policzek, bluźni, mówiąc, że jest Synem Bożym. Czyżby tłum zrozumiał, że wszystko, czym karmiono go wcześniej, to krętactwo i manipulacja?

Jezus pozostaje jakby niewzruszony: dostojny, poważny, jak poważna jest chwila. Oto nadchodzi czas, gdy pod wpływem propagandy zmieni się nastrój wiwatujących. W liturgii wejdziemy w rozważanie męki Zbawiciela. Tłum zacznie wołać z krwiożerczą namiętnością: „Ukrzyżuj Go!!!”, a panowie tego świata znowu będą mogli spać spokojnie i dumać nad tworzeniem „nowego ładu”, w którym do woli ustawowo można zabijać nienarodzonych, miłosiernie skracać życie chorych i starców, czy demoralizować młodych. A Jezus jedzie naprzód, do Jerozolimy, by zwyciężyć świat.

Niektórzy faryzeusze spośród tłumu rzekli do Jezusa: ”Nauczycielu, zabroń tego swoim uczniom”. Odrzekł: ”Powiadam wam: Jeśli ci umilkną, kamienie wołać będą”. Czego Jezus miał zabronić? ”Królewskiego” powitania na stoku Góry Oliwnej. Dziwi reakcja faryzeuszy. Bo kim był - zewnętrznie biorąc - Jezus? Galilejskim robotnikiem. Czynił cuda? Oni i tak w to nie wierzyli. A jednak to powitanie ich rozdrażniło. Jakby przeczuwali, że za wszystkim kryje się jakaś inna sprawa. Tłumy witające Jezusa też to przeczuwały. Cztery dni później cichcem pojmali Jezusa. Pomogli Bogu zstąpić w najmroczniejsze zakamarki ludzkiego świata - w otchłań cierpienia. Jezus stał się podobnym do ludzi. A w zewnętrznym przejawie uznany za człowieka, uniżył samego siebie, stawszy się posłusznym aż do śmierci - i to śmierci krzyżowej. Tak, posługując się oszczędnymi słowy, napisał Apostoł. Chrześcijanie próbowali mówić o tym na różne sposoby. Dlatego powstały średniowieczne misteria, renesansowe obrazy i rzeźby, wciąż odwiedzane kalwarie, nadal wykonywane oratoria, współczesne nam filmy... Każde z tych wyobrażeń, wypowiedziane językiem swojej epoki, jest przejmujące. Ale przecież żadne z nich nie może sięgnąć głębi tajemnicy. Bo jak pojąć Boga? A Boga uniżonego?

Dobrze, zgódźmy się na to, że Jezus jest królem. Ale pójść za takim królem? Całe nasze wnętrze buntuje się przeciw cierpieniu, a równocześnie krzyż fascynuje i pociąga. Nie potrafimy powiedzieć, czym. Jesteśmy wewnętrznie rozdarci. Przed cierpieniem nie ucieknę - to wiem. Jezus zwyciężył, zmartwychwstając - w to wierzę. Logiczny rachunek podpowiada: warto pójść za Nim. Spojrzenie na krzyż z jednej strony budzi współczucie i wdzięczność wobec Ukrzyżowanego. Z drugiej zaś strony sam widok nieludzkich tortur każe się od krzyża odwrócić. Dlatego od wieków krzyż był, jest, i tak już zostanie, znakiem sprzeciwu. Wyzwaniu, jakim jest krzyż, trudno sprostać. Obojętność wobec krzyża też nie jest dobrym sposobem.

Wzięliśmy do ręki palmy, poszliśmy po królewsku witać przybywającego do Jerozolimy Jezusa. Nie możemy przestać wiwatować na Jego cześć, bo jeśli zamilkniemy, kamienie wołać będą. To już lepiej niech ludzie wołają. Co zrobimy za kilka dni, gdy w Wielki Piątek znajdziemy się z tłumem na dziedzińcu rzymskiej twierdzy? Ktoś krzyknie do Piłata: ”Ukrzyżuj!”. Milczeć wtedy? Krzykiem sprzeciwu odpowiedzieć na krzyk potępienia? Zacząć z tłumem coraz głośniej wrzeszczeć: ”Ukrzyżuj go!”. A może udawać, że nic się nie dzieje. Tamta historia wydarzyła się dawno, moje myśli i odczucia niczego w niej nie zmienią. Zostaje jakiś rodzaj odległego współczucia i tyle...

Dobrze wiemy, że to nie jakaś odległa historia. Każde pokolenie o tym wiedziało i na swój sposób usiłowało pokonać barierę czasu i przestrzeni, dzielącą od tamtej godziny. Dlatego misteria, dlatego pełne ekspresji krzyże, dlatego kalwarie, dlatego oratoria, dlatego filmy. Dlatego, że nie sposób obok krzyża przejść obojętnie. Jest w nim przeogromna siła. Dlatego w Wielki Piątek padnę na twarz przed krzyżem i zaśpiewam: ”Pójdźmy z pokłonem!”. Krzyżowa męka Jezusa nie położyła kresu cierpieniom. Nawet nie zdołała niczego wyjaśnić. Ale przecież Bóg napełnił cierpienie swoją obecnością. Czy to nie wystarczy, by pokłonić się przed Ukrzyżowanym?

Co czuje człowiek, któremu ktoś ratuje życie lub za niego umiera? Ludzie, którzy mają za sobą takie doświadczenie, mówią często o powtórnym narodzeniu, o pragnieniu rozpoczęcia wszystkiego od nowa, o zerwaniu z czynionym wcześniej złem, o świadomości daru, o otrzymaniu nowej szansy, o konieczności spłacenia długu. A ja? Co czuję? Przecież za mnie też Ktoś umarł. Umarł za mnie Bóg! I podarował mi nie kilka dni, miesięcy czy nawet lat życia, ale całą wieczność. Czy w świetle tego wydarzenia kształtuję i przeżywam każdy swój dzień? Czy w świetle tej śmierci żyję? Od tamtej chwili, w której "słońce się zaćmiło i zasłona przybytku rozdarła się przez środek", a "Jezus zawołał donośnym głosem: Ojcze, w Twoje ręce powierzam ducha mojego" i "wyzionął ducha" (Łk 23,45-46) już nikt nie może żyć tak, jakby nic się nie wydarzyło. Bo wydarzyło się bardzo wiele! On cierpiał i umarł w straszliwych mękach, abyśmy mogli żyć wiecznie. Rozpoczynający się Wielki Tydzień jest dobrą okazją do refleksji na ten temat.

Przez ewangeliczny opis męki i śmierci Chrystusa Pana przewijają się różnorodne postaci, prezentujące różne reakcje na Chrystusową śmierć - reakcje przez dwa tysiące lat takie same. Warto się w nich często przeglądać.

"Każę Go wychłostać i uwolnię" (Łk 23,22) - tak mówią Piłaci wszystkich czasów, szczycący się swoją władzą, przekonani, że sięga ona nawet życia i śmierci, wolności i niewoli; nieświadomi, że nie mieliby żadnej władzy, gdyby jej nie otrzymali z góry (por. J 19,11), nie upadający nigdy na kolana, żyjący tak, jakby sami sobie wszystko zawdzięczali, bez świadomości otrzymania daru.

"[...] spodziewał się, że zobaczy jakiś znak zdziałany przez Niego" (Łk 23,8) - to oczekiwania żądnych sensacji Herodów, którzy nie otrzymawszy znaku, nieusatysfakcjonowani, pełni pogardy, szydzą i wystawiają na pośmiewisko swojego Zbawiciela.

"Jezu, wspomnij na mnie, gdy przyjdziesz do swego królestwa" - to ci szczęśliwi, którzy wykorzystali ostatnią szansę na pojednanie; ci ostatni, którzy stali się pierwszymi.