Niepokojące wydają się czytania dzisiejszej liturgii. Wyjdź z twojej ziemi rodzinnej i z domu twego ojca, do kraju, który ci ukażę – mówi Bóg do Abrahama. Emigracja? Przywykliśmy do tego. Obserwuję rodziców, których dzieci opuściły nie tylko rodzinny dom, ale Polskę. Ameryka, Francja, Niemcy, Anglia, Australia... Znacie te rodziny lepiej niż ja. Nikt do końca nie pogodził się z losem. Ani rodzice, ani dzieci – choć one swój codzienny byt na ogół poprawiły. Wędrówka Abrahama z rodziną oraz stadami wielbłądów i owiec była mimo wszystkich podobieństw czymś innym. Zażądał jej Bóg, aby ukazać, czym jest życie człowieka. A jest nieustanną pielgrzymką.

Bóg wezwał świętym powołaniem nas wszystkich, stosownie do własnego postanowienia i łaski, która nam dana została w Chrystusie Jezusie przed wiecznymi czasami – pisze apostoł. Wezwał i powołał, byśmy szli za Jezusem. Pójść za Nim – oczywiście, nie o emigrację chodzi. Pójść za Jezusem, to wybrać drogę dobra, prawdy, sprawiedliwości, miłości, życia. Drogę piękną ale i trudną. Drogę, której cel jest bardzo odległy – bo sięga wieczności. Drogę, która prowadzi człowieka nieraz dziwnymi, nieraz trudnymi szlakami. Ale nigdy nie jest bezsensowną tułaczką, tylko drogą do samego Boga, do obiecanego kraju nieba, do domu Ojca – jeśli posłużyć się słowami Jezusa z ostatniej wieczerzy.

Gdy Jezus przemienił się na górze Tabor, stali obok Niego Mojżesz i Eliasz, dwaj prorocy – pielgrzymi. Dwaj przewodnicy ludzi po drogach ziemskiej wędrówki. Jezus pośrodku. On, który najpełniej zasługuje na miano Przewodnika – tak Go zresztą tytułuje autor Listu do Hebrajczyków. Właśnie tam, na górze Przemienienia, Jezus odsłonił rąbka tajemnicy swojej i naszej, ukazał i pozwolił przeżyć uczniom chwilę radości i szczęścia, które czeka nas u kresu wędrówki przez ziemię.

Widziałem kiedyś na murze napis wymalowany sprayem: „Wszyscy chcieliby do nieba, ale nikt nie chce umierać”. I coś w tym jest. Z jednej strony wierzymy w nasze ostateczne przeznaczenie – że jest nim niebo. Szczerze powtarzamy katechizmowe formuły o wiecznym szczęściu. Czasem życie dokucza nam aż za bardzo, mamy go dosyć. Ale rozstać się z tym życiem, z bliskimi, ze swoimi nawykami i przyzwyczajeniami, z radościami szarego dnia, nawet z kłopotami... To zbyt trudne. Nawet emigracja wydaje się łatwiejsza, bo dokądkolwiek by nie wyjechać w świat, ma się samego siebie, swoje dwie ręce i dwie nogi, swoje oczy i uszy – całe swoje biologiczne, psychiczne i duchowe życie. I można swoje strony choć odwiedzić.

Czasy Abrahama były inne, wrócić nie mógł. Ziemia obiecana była tylko obiecana. I to nie jemu, a jego potomkom. Kraj młodości bezpowrotnie zastał za nim. Przed nim było nieznane. Ale była przed nim niepojęta Boża obietnica. Dlatego wiara Abrahama w Boże obietnice stała się przedmiotem podziwu pokoleń. Apostoł Paweł w liście do Galatów napisze: „Ci, którzy polegają na wierze, mają uczestnictwo w błogosławieństwie wraz z Abrahamem, który dał posłuch wierze”.

Nie jest łatwo o tak zdecydowaną i radykalną wiarę. Nie jest łatwo odrzucić wszystko, co zbyt mocno trzyma przy ziemi: Nasze przyzwyczajenia i codzienne sprawy, bliskich ludzi i środowisko. A nieraz warto by zostawić wszystko, by zyskać więcej. Z wielkim szacunkiem przyjąłem kiedyś decyzję pewnej rodziny, która zdecydowała się zmienić miejsce zamieszkania, by mąż, trzeźwiejący alkoholik, mógł zacząć nowe życie. I powiodło się. Z podziwem, czasem z niedowierzaniem patrzymy na chłopców czy dziewczęta, decydujących się na życie zakonne. To wydaje się trudniejsze, niż emigracja. Bo jest wyborem w tym życiu życia zgoła innego. Potrzebujemy tych, którzy i które składają zakonne śluby – bo są dla nas znakiem innego świata. Niepokoją nas swoją obecnością. Ale i odwagi dodają.

Wiem, żyjemy na tym świecie. Jak więc mamy żyć my, świeccy chrześcijanie? Tak, słowo „świecki” od słowa „świat”. Patrząc na Abrahama, patrząc na Pawła, patrząc wreszcie na Jezusa, który przezwyciężył śmierć, a na życie i nieśmiertelność rzucił światło przez Ewangelię, można sformułować zwięzły i prosty program. Trzy punkty zawiera. Pierwszy: Cieszyć się ziemią. Drugi: Nie uzależnić się od spraw ziemi. Trzeci: Sercem być w niebie.

Cieszyć się ziemią. Ta reguła jest zapisana w samym sercu chrześcijańskiej wiary. Bo skoro Syn Boży stał się człowiekiem i życie spędził na naszej ziemi, jak każdy z nas – to znaczy, że sprawy ziemi, naszego świata i naszego życia są w oczach Boga dobre, piękne i przynoszą radość. Dlatego Jezus nie chce mieć ponurych, ani nawet smutnych wyznawców.

Nie uzależnić się od spraw ziemi. Cieszyć się – tak. Ale równocześnie zachować dystans wobec wszystkiego, co wokół nas. A nawet wobec samych siebie. Potrafimy uzależnić się od wszystkiego – od mieszkania i okolicy, od znajomych i przyjaciół. W tych sprawach także warto zachować wolność. A już całkiem zdecydowanie trzeba być wolnymi od rzeczy i spraw złych – od używek i wszelkiego nadmiaru. Od grzesznych przyzwyczajeń i nałogów. Treningiem wolności jest post, a jej sprawdzianem – radość.

Sercem być w niebie. W tym życiu nie ma radości trwałej. Dobrze o tym wiemy. I za trwałą radością, szczęściem i miłością tęsknimy. Za niebem tęsknimy. Jeśli potrafimy cieszyć się już w tym życiu – to przygotowujemy siebie, swoje duchowe wnętrze do radości wiecznej. Jeśli nasze radości są dobre, nie grzeszne, to tak, jakbyśmy już smakowali nieba. Dlatego dobrze jest za każdą chwilę radości Bogu dziękować. I dzielić się radością z innymi bo wtedy nieba na ziemi przybywa.