Drogie Siostry i Bracia w Chrystusie, wszystko, tak w Kościele jak i w każdym chrześcijańskim życiu, rozgrywa się pomiędzy ufnością a lękiem. To Ewangelia chodzenia po wodzie. Lęk. Łódź znajduje się daleko od brzegu, miotają nią fale, wieje przeciwny wiatr, jest noc. I nagle jakaś zjawa! Przerażenie, które z tych twardych przecież ludzi wyrywa krzyk trwogi. Ufność. Noc zbliża się ku końcowi, rozpoznają Jezusa. Kroczy po wodzie! Mówi: "To Ja jestem, nie bójcie się". I zwraca się do Piotra: "Przyjdź!". Ufność i lęk. Piotr zaczyna iść po wodzie. Ale ogarnia go lęk i zaczyna tonąć: "Ratuj mnie!". A wtedy Jezus, chwytając go, pyta: "Czemu zwątpiłeś?". Jest to kluczowe pytanie naszego dzisiejszego rozważania. Odpowiedzią będzie poryw całkowitej ufności, ku któremu prowadził tekst: "Ty jesteś Synem Bożym!".

Ten cud wprawia nas w zakłopotanie, wydaje się niepotrzebny (inne cuda uzdrawiają). Ale właśnie w nim powinniśmy dostrzec bardzo ważną naukę: jest to cud-objawienie. Symbolizuje on nasze największe lęki oraz wyżyny naszej ufności, kiedy wiarę przeżywamy jako doświadczenie: "Prawdziwie jesteś Synem Bożym!". Czy mówiąc o symbolu, chciałem może zasugerować, że cud nie wydarzył się naprawdę i że jest on jedynie obrazową nauką o zaufaniu? Nie, tamci ludzie naprawdę widzieli Jezusa kroczącego po wodzie, widzieli, jak wiatr się uciszył. Jezus uczynił to dla nich, dla wzmocnienia w nich ufności: "Ja jestem, nie bójcie się!".

Dziś to samo wydarzenie odczytane przez nas skłania nas do zastanowienia się nad naszą własną ufnością wobec Jezusa. Kiedy życie upływa spokojnie, wiara w Jezusa wydaje się bajecznie prosta: lubimy to, co Jezus mówi, mamy ochotę robić to, czego od nas wymaga, zwłaszcza gdy mówi o miłości. Nadciąga burza, noc cierpień fizycznych, noc porażki, zdrady, starości. Jak wierzyć, że Jezus wydobędzie nas z tych odmętów? Cud, który się wtedy wydarzył, może powtórzyć się teraz dla nas. Ten sam Jezus ten sam! On jest przy nas i mówi: "Nie bój się". I mówi: "Przyjdź!". Usłyszeć i zrozumieć to "przyjdź", to odczuć w sobie ciepło ufności. Prosimy Go, aby pozwolił nam iść ku sobie, ku odrobinie stabilności i spokoju, a On mówi: "Przyjdź!" Jeśli walka z lękiem jest ciężka, czujemy na sobie Jego spojrzenie pełne czułej surowości: "Małej wiary, czemu wątpisz?".

Jezus mówi tak do nas i mówi tak do Kościoła  symbolika łodzi jest tu naturalna: Kościół miotany jest przez fale, ale On jest zawsze obecny. A gdy już usłyszymy ten głos mówiący: "Nie bój się", czy wówczas zmienia się bieg wydarzeń? Niekoniecznie, choć czasem to się zdarza. Na pewno jednak zmieniamy się my, potrafimy nieść to, co wydawało nam się nie do uniesienia. "Ty jesteś Synem Bożym, z Tobą będę kroczył po wodach lęku i cierpienia". Dalej nie mogę już nic powiedzieć. Tylko ten, kto doświadczył takiej ufności, wie, co to znaczy: "I wiatr się uciszył".

Pan Bóg objawia się nie tylko przez świat przyrody, ale także w jego kontekście. Może dlatego, że właśnie obcując z przyrodą, człowiek jakby bardziej otwiera się na Bożą obecność. Dla jednych takim uprzywilejowanym miejscem religijnych doświadczeń będą góry, dla innych doliny lub wody jezior i mórz. Do jednych -jak na przykład do Eliasza - Bóg przemawia „szmerem łagodnego powiewu", a do innych - jak do Piotra - w burzy spienionych fal.

Ani dla Eliasza, ani dla Piotra i jego towarzyszy „Pan nie był w wichurze". Wiatr, zarówno ten łagodny z góry Horeb, jak i ten porywisty z jeziora Genezaret, stał się tylko zewnętrznym znakiem działania Boga, który wchodzi w biografię człowieka. Zwłaszcza doświadczenie Piotra „kroczącego po wodzie" dość dobrze ilustruje potęgę i zarazem słabość naszej wiary. Miotana falami łódź, przeciwny wiatr, spora odległość od brzegu - to symbole sytuacji, w której człowiek bardzo wyraźnie doświadcza kruchości swojego losu i zależności od czynników zewnętrznych. To bardzo często sprzyja spotkaniu Boga, zbliżeniu się do Niego, ale może być także źródłem głębokiego kryzysu wiary.

Dla zagrożonych żywiołem Apostołów pierwszym odruchem na widok kroczącego pojezierze Chrystusa był lęk i podejrzenie, „że to zjawa". Ich wiara była tak słaba, że nie dowierzali nawet własnym oczom. Wiara potrzebuje łaski. „Odwagi, Ja jestem, nie bójcie się" - to radosna wiadomość. Ale Piotr wie, że wiara nie jest tylko wiadomością, lecz siłą. Chce tę siłę zweryfikować, sprawdzić eksperymentalnie:

„Panie, jeśli to Ty jesteś, każ mi przyjść do siebie po wodzie". Nie zapominajmy, że wiara Piotra jest testowana w sytuacji granicznej. Sam tego chciał. Doświadczenie ewidentnie wykazało, że ile wiary, tyle siły. Dopóki Piotr widział tylko Jezusa, ku własnemu zdumieniu kroczył po wodzie tak jak Zbawiciel. Gdy na widok silnego wiatru zwątpił, zaczął tonąć. Na szczęście zwątpienie to nie było kompletne. Piotr ma świadomość, że mimo tych wątpliwości Bóg jest blisko, dosłownie w zasięgu wyciągniętej ręki. Wezwany na pomoc Chrystus ratuje Piotra i uwalnia go od lęku.

Opisaną tu sytuację Ferdinand Krenzer uznał za dość typową dla religijnego doświadczenia wiary, która w każdym z nas rodzi się z trudem i jest ciągle zagrożona: „Człowiek nie chciałby ryzykować, ale mieć pewność, chciałby wiedzieć, nie wierzyć. W tej chwili zaczyna tonąć w morzu tego świata, w wirze własnych myśli, w przepaści zwątpienia, w krążeniu wokół samego siebie. Jednak w tym ostatecznym momencie, w fazie odczucia, iż jest u kresu, w fazie, która musiała być boleśnie uświadomiona, człowiek znajduje jedyne możliwe wyjście, ucieka się do ostatecznej ludzkiej możliwości - do uaktywnienia wiary: wyciąga ręce w modlitewnym geście wołając: „Panie, ratuj mnie". I oto staje się już samym tylko oddaniem się, samą zdolnością przyjęcia, w tym momencie z jego serca znika wszelka duma i robi się w nim puste miejsce, które jedynie Pan może zapełnić". A gdy Bóg całkowicie wypełnia serce człowieka, nie ma już miejsca na żaden lęk.

 Uczniowie przebywając w łodzi na środku jeziora, z pewnością nie spodziewali się, że będą świadkami niecodziennego zjawiska. Oto kiedy zaczynało świtać, ujrzeli w oddali postać człowieka, który szedł do nich po wodzie. Przerażeni zaczęli krzyczeć, ale wtedy usłyszeli głos Mistrza: Nie bójcie się!

W naszym życiu taka sytuacja być może nigdy się nie zdarzy, ale często bywa, że i my mamy problem z rozpoznaniem Boga, który do nas przychodzi. Nie szukając daleko, możemy sobie postawić pytania: Czy dostrzegam Bożą obecność w Piśmie Świętym i w Eucharystii? Czy widzę ją w moich problemach i trudnościach, a także w drugim człowieku? Jest to obecność tak dyskretna, że może nawet nie zwracamy na nią uwagi.

Mówi się, że współczesny człowiek zatracił poczucie sacrum. Jednak bez Boga nie zajdziemy daleko. Zawsze pojawi się jakaś „woda”, którą trzeba będzie przejść, a wówczas na nic się zdadzą ludzkie kalkulacje. Jedyną siłą zdolną pokonać nawet największe trudności jest wiara i zaufanie Bogu. Dopóki Piotr patrzył w oczy Jezusowi i ufał, dopóty szedł po wodzie, ale gdy tylko odwrócił wzrok od Niego i zaczął analizować swoją sytuację, zaczął tonąć.

Pismo Święte uczy, że dla Boga nie ma nic niemożliwego. Być może z tego powodu żąda On od nas rzeczy trudnych i wymagających, bo wbrew naszym odczuciom nigdy nie zostawia nas samych. Zawsze wyciąga do nas swą pomocną dłoń i spieszy nam na ratunek.