W najbliższą środę, tj. 15 sierpnia przypada Uroczystość Wniebowzięcia Najświętszej Maryi Panny. Msza św. będzie odprawiona w języku polskim o godz, 19.00

 Drogie Siostry i Bracia w Chrystusie, jak usłyszeliśmy to „Żydzi szemrali przeciw Jezusowi”. U świętego Jana określenie „Żydzi” oznaczało tłum, który stał się nieufny i krytyczny oraz przywódców, którzy tłum podburzali. W pierwszym odruchu odcinamy się od tamtych ludzi, którzy nie potrafili słuchać Jezusa. Ale jeśli zastanowimy się głębiej, być może odkryjemy, że my także należymy do tych „Żydów” — i niekoniecznie jest to czymś złym, jest szansa, że słowa Jezusa mocniej nas poruszą. Kiedy mówi: „Zstąpiłem z nieba” i „Macie spożywać moje ciało”, nawet uczniowie, na końcu tej mowy o chlebie żywym, westchną: „To zbyt trudne, kto może słuchać czegoś takiego?”. Jeśli my także czujemy się poruszeni — gdyż jest to naprawdę trudna prawda — lepiej przyjmiemy inne słowa, które mogłyby się nam zagubić: „Wszyscy będą uczniami Boga”.

Przytoczywszy te słowa Izajasza, Jezus od razu poprawia możliwy błąd interpretacyjny, polegający na sądzeniu, iż Ojciec miałby pouczać nas bezpośrednio. „Nie — mówi Jezus — Ojciec uczy was przeze Mnie, ale jest to Jego słowo, Ja jestem Jego słowem. On przysłał Mnie do was, przychodzę od Niego, z nieba; On pociąga was ku Mnie, abyście chcieli wierzyć we Mnie, a Ja pociągam was ku Niemu, objawiając wam, kim jest”. Trzeba zrozumieć ten „obieg” Bożego objawienia, żeby przyjąć wszystkie trudne prawdy, których jest tak wiele w całej Ewangelii.

Zamiast zajmować się od razu tym, co w mowie Jezusa stanowi trudność, spójrzmy najpierw, kto te słowa mówi. Mamy tu szczególny przykład uznania pierwszorzędnej wagi tego, co nosi nazwę „argumentu autorytetu”, który zazwyczaj stawiany jest na ostatnim miejscu w hierarchii argumentów. Tutaj autorytet Jezusa jest tak wielki, że to, co mówi, przyjmujemy przede wszystkim dlatego, że mówi to On. Potem próbujemy zrozumieć, ale już w obrębie tej naszej pierwszej i całkowitej zgody na Jego słowo, ponieważ jest słowem Bożym. Kiedy Jezus mówi, wówczas jesteśmy uczniami Boga. Jeśli zdarza nam się, że szemramy tak jak Żydzi, nie porywajmy się najpierw do ataku na Jego najtrudniejsze słowa, ale obudźmy w sobie szybko jak największą wiarę: Twoje słowo, Jezu, jest słowem Boga.

Jeśli mówimy „najpierw”, musi być też jakieś „potem”. Całkowite przyjęcie autorytetu Jezusa nie ma nic wspólnego z fanatycznym, bezmyślnym zaślepieniem: „Cokolwiek mi powiesz, ja i tak to zrobię, dlatego, że Ty to mówisz”. Jakże urąga to Jezusowi i nam samym. Jego najtrudniejsze stwierdzenia, Jego największe wymagania, które być może nawet rodzą w nas sprzeciw, są całkowicie zrozumiałe i domagają się od nas zrozumienia. Bycie uczniem Boga nigdy nie wymaga niegodnej człowieka i dziecka Bożego utraty zmysłu krytycznego czy nawet cierpkiego krytycyzmu. Wiara istoty rozumnej musi być rozumna. Wielka szkoda, że tak niewielu chrześcijan stara się uczynić swoją wiarę coraz bardziej rozumiejącą. Wymaga to refleksji, studiów, pojawiają się w nas szemrania, wątpliwości, ale są to zmagania ludzkie, odwaga ludzka, i Bóg nie ma w nienawiści tych walk Jakubowych (Rdz 32,23-31).

— Puść Mnie — mówi Bóg do Jakuba.

— Nie puszczę Cię — odpowiada Jakub — dopóki mi nie pobłogosławisz.

— Odtąd nie będziesz się zwał Jakub, lecz Izrael, bo walczyłeś z Bogiem i zwyciężyłeś.

O. Ludwik, benedyktyn, jechał do Frankfurtu. Pasażerowie autokaru musieli oglądać jakiś film. Nie mieli wyboru. Obraz był prymitywny: gruboskórna erotyka, nagie ciała bez duszy, bezmyślna przemoc. Ktoś bezskutecznie prosił o zmianę kasety. Nagle rozległ się głośny krzyk. Wołało dziecko. Głos był zdecydowany, wprost rozkazujący. Tylko jedno słowo: Nie!

Czyjaś ręka wyłączyła odtwarzacz. Nikt się nie sprzeciwił. Wołała jedenastoletnia Agnieszka. Drżała na całym ciele, w zaciśniętej kurczowo rączce trzymała różaniec. O. Ludwik podszedł do niej. Powiedziała: „Byłam dziś u spowiedzi, przyjęłam Komunię świętą. Teraz się modlę, bo jestem tutaj sama i boję się. Ale to było gorsze niż wypadek”. Zakonnik przysiadł się do dziecka, powiedział: „Módlmy się razem...”. Zauważ: czego nie osiągnęli inni, osiągnęła Agnieszka. Powiesz: To była prośba dziecka, a więc szczególna prośba. Tak, ale to dziecko czerpało siłę z modlitwy i z sakramentów. W jednym krótkim „nie!” skoncentrowała się cała energia spływająca od Boga. Bez tej energii, którą wierzący nazywają łaską, człowiek jest słaby i bezradny. Dokładnie tak jak prorok Eliasz z pierwszego czytania. Jeden prorok, jeden słaby człowiek przeciw całemu światu! Sprzeciwił się nie raz, nie dwa. Ale w końcu siły ludzkiego ducha wyczerpały się. Jednak Eliasz nie jest sam. Oto anioł, trącając go, powiedział mu: Wstań i jedz, bo przed tobą długa droga! Droga wiodąca ku przemienianiu twojego świata. I poszedł Eliasz tą drogą.

Samochód bez paliwa, odkurzacz bez prądu, żaglowiec bez wiatru są martwe. Istnieją, lecz funkcjonować nie mogą. Człowiek bez duchowej energii, którą zwiemy łaską, istnieje. Ale ten człowiek nie może nic uczynić. Nie może uczynić niczego jako istota, której czyny powinny być skierowane ku wieczności. Tę energię czerpiemy z bogactwa naszego Zbawiciela Jezusa. On jest nam potrzebny jak codzienny chleb. Dlatego zdziałał ów cud z chlebem, o którym opowiada Ewangelista. Ale z tym chlebem, który zwiemy Komunią świętą, jest inaczej niż z benzyną, elektrycznością czy wiatrem. Łaska nie jest automatycznie działającą energią. Najpierw trzeba uwierzyć: Zaprawdę powiadam wam: Kto we mnie wierzy, ma życie wieczne.

Agnieszka potrzebowała podwójnej siły: by odważyć się krzyknąć „nie” oraz by zmusić innych. I tę siłę znalazła. Świat zawsze potrzebował ludzi, którzy będą oddziaływali na innych Bożą mocą. Jest Unia Europejska, jest ONZ i wiele innych organizacji międzynarodowych. Czy one mogą odnowić i uratować świat? Aczkolwiek są bardzo potrzebne, przecież nie wystarczą. Na naszych oczach rozgrywa się dramat bezradności polityków. Na naszych oczach państwo polskie brnie w ślepą uliczkę moralnego rozkładu. Ludzkie siły tego nie przemogą. Ratunek dla świata, odnowa Europy, odrodzenie Polski są niemożliwe bez zastępów ludzi, którzy dzięki wierze czerpać będą siłę od Boga. Swego czasu Europa miała swojego św. Benedykta, swojego św. Franciszka. I właśnie oni, wraz ze swymi towarzyszami, uratowali ówczesny świat. Tylko święci, tylko zjednoczeni z Bogiem będą w stanie ocalić nasz świat. Jeśli będzie więcej takich Agnieszek, które odważą się przynajmniej na jedno „nie!”, będziemy uratowani.

Niech Bóg da nam zrozumienie i moc zdobywania od Niego całego światła potrzebnego nam, by żyć — Bóg, który chce być naszym nauczycielem życia.