Drogie Siostry i Drodzy Bracia w Chrystusie.
 

W czasie wojny domowej w Hiszpanii przywieziono do szpitala polowego ciężko rannego żołnierza. Po udanjej operacji lekarze wyrokowali temu zołnierzowi duże szanse powrotu do zdrowia. Był tylko jeden problem – ten żolnierz nie chciał przyjmować w szpitalu żadnego pokarmu. Pielęgniarki i siostry zakonnego próbowaly wszystkich sposobow aby nakłonić go do jedzenia ale na próżno. Żołnierz ciągle odmawial wzięcia czegokolwiek do ust. Jeden z przyjacół tego żolnierza podejrzewał, że jego klega bardzo tęskni za swoim rodzinnem domem. Dlatego ofiarowal się, że pojdzie do domu rodzinnego tego żołnierza i przyprowadzi jego ojca. Kiedy przyszedł do jego domu i opowiedział rodzicom co dzieje sie z ich synem, ojciec zaraz gotowy był do drogi. W tym czasie matka upiekla bochenek chleba który zapakowala i przysłała synowi. Ranny żołnierz ucieszył sie bardzo widokiem swego ojca lecz ciągle nie chcial jeść. Wtedy jego ojciec powiedzial do niego: „Synu przyniosłem ci chleb z domu ktory upiekla dla ciebie twoja mama. Na te slowa rozpromieniła się twarz żołnierza. „Moja mama upiekła dla mnie chleb? Dajcie mi zaraz kawałek”. Od tego momentu ranny żolnierz zaczął normalnie jeść i wkrótce wrócił do pelnego zdrowia. Powyższa historia opowiada nie tylko o tym rannym żołnierzu ale jest to również historia każdego z nas. My także bywamy bardzo ciężko zranieni w bitwie której na imię życie. Zranieni jesteśmy przez zło, nasze zapomnienie o Bogu, kłopoty i cierpienia naszego codziennego życia. Podobnie jak ten żolnierz my rownież tracimy niekiedy smak życia. Tracimy nadzieję w to, że cokolwiek ma sens. Tracimy nadzieję w to, że jest Bóg, ktory nas kocha, ktory sie nami opiekuje, na ktorego możemy zawsze liczyć i ktory wszystko może nam wybaczyć. Tracimy smak zycia i nie chcemy spożywać tego Pokarmu ktory obdarza nas prawdziwym życiem ktory umacnia nasze serca i dusze.

Nieraz słyszymy w czasie rozmowy, że syty głodnego nie zrozumie. I to jest prawda. Dwunastu – tych z Ewangelii – nieraz musiało być w życiu głodnymi. Wiedzieli, że trzeba pójść do okolicznych wsi i zagród, by znaleźć schronienie i chleb. Rozumieli głodnych. I Jezus też rozumiał. Przecie On biedę cierpiał jako dziecko już w Betlejem. Jako dorosły znał smak chleba, znał też gorzki smak głodu. Zresztą, wyszedł kiedyś naprzeciw głodowi, podejmując czterdziestodniowy post. Powiada Ewangelista, że „gdy przepościł czterdzieści dni i czterdzieści nocy, odczuł w końcu głód” (Mt 4, 2). I choć wtedy powiedział, że „nie samym chlebem żyje człowiek”, to przecie teraz, na odludziu, rozmnożył chleb, by głodnych nakarmić.

Jakiś rok później, na ostatniej wieczerzy Jezus znowu sięgnął po chleb w sposób niecodzienny i znaczący. Zaskoczył uczniów? Może nie całkiem, bo kiedyś o tym mówił. Ale teraz, w czasie paschalnej wieczerzy stanowcze i zupełnie jasne słowa zabrzmiały bez wątpienia w sposób niewiarygodny: To jest Ciało moje za was wydane. Niewiarygodny? To słowo jest tu nie na miejscu. Oni dobrze wiedzieli, że Jezus jest wiarygodny zawsze i bez reszty. Skoro ucichła nawałnica, skoro można było iść do niego po wodzie, skoro woda winem się stała i smakowała jak wino – bo winem już była... To jakże teraz spełnić nakaz Mistrza i spożyć chleb, który będzie smakował jak... Myślę, że każdy z Dwunastu zawahał się, zanim podany przez Jezusa kawałek chleba do ust włożył. A potem łyk wina... Smakowało jak wino, a chleb jak chleb.

Dzisiejsze święto jest naszym wyznaniem wiary w tę przedziwną obecność Pana pod postaciami chleba i wina. Melchizedek – powiada starożytny autor – wyniósł chleb i wino. Na ofiarę. Nietypowa to ofiara, jak na tamte czasy. I na dzisiejsze. Zbyt prosta i zwykła. I niezbyt cenna. Po te same ofiarne znaki i dary sięgnął Jezus. Nadał im nie tylko nowe znaczenie, ale nową rzeczywistość w nich zamknął. Samego siebie w nich zamknął. I swoją ofiarę. A była to ofiara złożona z życia. Czy można ofiarować więcej? I czy w ogóle jakakolwiek ofiara składana Bogu może mieć znaczenie wobec ofiary życia Bożego Syna?

To moje Ciało... To kielich Krwi, która będzie wylana na odpuszczenie grzechów... – ofiara Jezusa jest ofiarą za moje i za twoje grzechy. Tak wielkiej ceny trzeba było. I cenę tej ofiary czcimy dziś znowu. Do ofiary Bożego Syna przyłączymy się z całą pokorą i świadomością swej grzeszności i małości. A wtedy wszystko, co zamieniamy w chleb, Jezus przemienia w czysty i doskonały dar składany swojemu i naszemu Ojcu. Nie tylko praca rolnika i piekarza, ale każdy wysiłek i każdy ludzki trud koniec końców staje się cząstką chleba, który potem wszyscy dzielą między siebie. Oby każdy z nas jak najwięcej dobra w chlebie przynoszonym do ołtarza potrafił zamknąć. Bo składamy naszą ofiarę dobremu i wszechmogącemu Bogu przez ręce miłosiernego Zbawiciela.

I rozmnożył Jezus chleb... Można pościć, można mówić o pierwszeństwie wartości duchowych. Można. Ale koniec końców bez chleba obejść się nie można. Każdy o tym wie. Wie Bóg, wiedział Jezus. Chleb jest zatem znakiem potrzeby i konieczności. Także tęsknoty – gdy jest się głodnym i gdzieś na obczyźnie przychodzi człowiekowi jeść chleb, który smakuje całkiem inaczej, niż ten w rodzinnym domu. I jeszcze coś: najlepiej smakuje chleb dzielony z innymi, nie ten jedzony w pojedynkę. Z tych wszystkich powodów (nie wspominając o dobroci i wrażliwości Jezusa) Zbawiciel dokonał cudu nakarmienia tych, którzy poszli za nim nie po to, by chleba szukać...

W dzień Ostatniej Wieczerzy Jezus sięgnął po chleb w sposób znaczący i przedziwny. To jest Ciało moje – powiedział. Teraz uczniowie nie mieli kiedy nad tym wszystkim się zastanawiać. Wypadki potoczyły się błyskawicznie: koniec wieczerzy, spacer do ogrodu oliwnego, pojmanie Jezusa. Nazajutrz dramat ukrzyżowania... Wtedy na pewno zrozumieli to jedno: To jest Ciało moje, za was wydane. Czas refleksji, zrozumienia i wiary przyszedł po Jego zmartwychwstaniu. Dlatego zbierali się „na łamaniu chleba” – jak to notuje kronikarz tamtych czasów (Dz 2, 42). I czynimy to do dziś. I karmimy tym Chlebem nie nasze ciała, ale nasze dusze. Bo i ci ludzie, których tam, wtedy nakarmił, nie szli za nim, by dostać jeść – lecz by dusze i serca Bożą prawdą nasycić.

Spożywając ten Chleb, zanurzamy się w misterium Jezusowej śmierci i chwały. Spożywając Chleb Eucharystyczny, wznosimy się niejako ponad czas i przestrzeń. Z jednej strony śmierć Pańską głosimy, przenosząc się na kalwaryjskie wzgórze tamtego Dnia, gdy On konał na krzyżu, gdy spełniała się Jego ofiara. Z drugiej strony – wzywamy przychodzącego do nas Pana. Zmartwychwstałego i zwycięskiego. Wiemy, że przyjdzie w chwale. Kiedy? Nikt nie zna tej chwili. Jak? Nie potrafimy sobie tego wyobrazić.

Póki co wystarcza nam, i to w pełni, Jego przyjście w tajemnicy Chleba i Kielicha. Jak więc nie tęsknić każdego dnia za chwilą komunii świętej? Bo właśnie przy łamaniu chleba najłatwiej dostrzec i zauważyć Pan obecnego w naszej drodze przez życie.

Aby byli jedno... – tak modli się Jezus. „Jak ten chleb co złączył złote ziarna, tak niech miłość łączy nas ofiarna...” – śpiewamy w pieśni. Dobrze przynieść cząstkę chleba i złożyć na ołtarzu, by Jezus powiedział: To jest Ciało moje. Wszystko, co nas łączy, Jezus bierze w swoje dłonie, oczyszcza, uświęca, błogosławi. W Jezusowej ofierze spełnia się wtedy i nasza ofiara. To co nasze jest maleńkie i niedoskonałe. Włączone w ofiarę Jezusa staje się cząstką ofiary czystej i świętej.

A potem wraca do nas jako Komunia czyli zjednoczenie z Bogiem. Bo On nie potrzebuje niczego z naszej ręki. Dlatego cokolwiek Bogu w zjednoczeniu z Jezusem ofiarujemy, wróci do nas. Pomnożone i uświęcone. Przyjmujemy z rąk kapłana ten Chleb – Komunię Ciała Pańskiego. I ten chleb nas łączy i jednoczy. Wiele wciąż do zrobienia, by zjednoczył nas bez reszty. Jeszcze nie całkie4m nasze serca dojrzały – ale przecie ku jedności nas wszystkich w Chrystusie tęsknimy. Chleb Komunii świętej tęsknotę tę podtrzymuje i sił nam dodaje.

Dobrze to wszystko, Panie, umyśliłeś. Nie mogę Cię pojąć. Nie rozumiem Twego daru. Ale z tyloma pokoleniami chrześcijan spełniam to, o czym rzekłeś: Czyńcie to na moją pamiątkę. I  z tego jest moja siła”.